Agrar-Raiding, czyli tak zwane naloty na uprawy czy grabież plonów to istna plaga za wschodnią granicą. Teraz rozpowszechnia się także na Dolnym Śląsku. Rolnik ze Stoszowic właśnie stracił zboże z 73 hektarów.

Jerzy Cwanek wydzierżawił i obsiał jęczmieniem pole w Wilczkowie. Zboże dojrzało. Elewator już czekał, kombajny w gotowości. – Przyjeżdżam na pole i oczom nie wierzę – nie ma zboża do koszenia – opowiada Jerzy Cwanek. Ponad 500 ton jęczmienia znikło bez śladu. – Zeszło praktycznie wciągu jednego dnia. Zostało wykoszone, sprzątnięte niepostrzeżenie, nikt za bardzo nie zainteresował się tym z tego względu, że to był dzień w pełni żniw, wszyscy kosili, szum w koło – mówi sąsiad poszkodowanego rolnika Waldemar Ramiączek. Straty szacowane są na setki tysięcy złotych.

Dzierżawca wezwał policję. Sam obdzwaniał elewatory poszukując swego jęczmienia. Wszystko na próżno. Do tego właściciel ziemi, gospodarz z Wilczkowa, inaczej przedstawia kwestie tytułu prawnego do plonów. – Z tego co wiem, mój świętej pamięci ojciec sprzedał z tego pola słomę dla pana Cwanka i to wszystko, nic więcej. Chciałem jeszcze nadmienić, ponieważ pan Cwanek twierdzi, że to niby ja ukradłem ten jęczmień, że ja tego nie zrobiłem, nie wiem kto to zrobił. Ja też jestem poszkodowany, bo te jęczmień miał być de facto mój – oznajmia Bartłomiej Chrzan.

Tymczasem Jerzy Cwanek wydzierżawił ziemię 2 lata temu. Ustną umowę przypieczętował uściskiem dłoni. Ma świadków i pisemne potwierdzenie ustaleń. A na dodatek dowody, że płacił i to niemało.

Na okolicznych rolników padł blady strach – jak pilnować plonów, by nagle nie zniknęły z pola bez monitoringu, płotów i ochrony? A na dodatek tego mienia nikt nie ubezpiecza od kradzieży.